Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2012

Carlos Ruiz Zafon - Światła września

autor: Carlos Ruiz Zafon
tytuł: Światła września 
wydawnictwo: Muza 
rok wydania: 2011 
ilość stron: 256 
źródło: Z półki 
ocena: 5 / 6 

Carlos Ruiz Zafon zyskał dwojakie grono czytelników. Jedni pokochali go od pierwszej przeczytanej książki, miłością bezwarunkową, która umacnia się wraz z każdą kolejną lekturą, drudzy – skuszeni pozytywnymi opiniami sięgnęli po którąś z jego książek, przeczytali i nie mogą zrozumieć o co tyle szumu i skąd tyle zachwytów? Ja na szczęście należę do tej pierwszej kategorii, od „Cienia wiatru” poprzez „Grę anioła”, „Marinę” i „Księcia mgły” ów hiszpański autor zyskał we mnie wierną czytelniczkę. „Światła września” tylko wzmocniły to uczucie, bo choć w zamyśle pozycja skierowana jest do młodzieży a ja nastoletnie lata dawno mam za sobą, jej lektura przyniosła mi sporą dawkę rozrywki ale i… grozy.

„Światła września” przytaczają historię dotkniętej przez los rodziny Sauvelle, matki Simone oraz dzieci, czternastoletniej Irene i małego Doriana, którzy po śmierci ukochanego męża i ojca wiodą skrajnie ubogi żywot. W tej smutnej, patowej sytuacji pojawia się nagle światełko w tunelu, Simone otrzymuje propozycję pracy jako ochmistrzyni w rezydencji fabrykanta zabawek Lazarusa Janna. Rodzina przekonana, że zamyka za sobą smutny etap życia, przenosi się z szarego Paryża do położonego na klifie domu w Błękitnej Zatoce. Żadne z nich jeszcze nie wie, że to co miało być wybawieniem w rzeczywistości okaże się pułapką bez wyjścia...  

Do dziś nie wiem czy to ja jestem taka bojaźliwa czy wykreowany przez Zafona świat był tak realistycznie przeraźliwy. Zabawne, podczas czytania horrorów powieka nawet mi nie drgnie a przy wyimaginowanej historii dla młodzieży miałam ochotę schować się pod łóżko. Zapewne sama jestem sobie winna, trzecia w nocy chyba nie była najlepszą porą na czytanie tej książki. Nie przy słabym świetle nocnej lampki i nie w towarzystwie namolnego kota, który właśnie o tej porze postanowił spacerować po pokoju. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie rzucający się na ścianę cień… tak cień, który w połączeniu z lekturą „Świateł września” nieomal przyprawił mnie o palpitację serca.

Po raz kolejny Zafon powiódł mnie do tajemniczego, pełnego magii i przygód świata a ja znów wróciłam z tej podróży z jednej strony zadowolona, z drugiej niepocieszona krótkością trwania. Powieść czyta się szalenie szybko, z zainteresowaniem, a w kulminacyjnych momentach z nutką (no dobra - z Nutą przez duże „N” ) strachu. Polecam, nie tylko młodszym ale i starszym odbiorcom.

piątek, 7 października 2011

Amélie Nothomb - Dziennik Jaskółki

autor: Amélie Nothomb
tytuł: Dziennik Jaskółki
wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2007
ilość stron: 77
ocena: 4.5 / 6


Ostatnimi czasy blogowy wszechświat rozpływał się w pochwałach za sprawą najnowszej powieści Amélie Nothomb. Nie pozostając bierną i głuchą na słowa zachęty sięgnęłam po oczekujący w czytelniczej kolejce „Dziennik jaskółki”.

Króciutka, bo zaledwie 77-stronicowa powieść przytacza historię pewnego mężczyzny. Nie znamy jego imienia, wiemy, że w przeszłości był kurierem, zwolnionym za potrącenie staruszka. Utrata pracy to jednak nie jedyna bolączka. Ów człowiek po drodze stracił sens życia, przyjemność i spełnienie dawno odeszły w niepamięć a  samotność potęgowała uczucie melancholii. Czy już wtedy ścieżka szaleństwa stała otworem?

Przypadkowa znajomość z pewnym Rosjaninem dała początek nowemu zajęciu. Urban, bo takie mężczyzna obrał imię, został płatnym mordercą. Mokra robota? Niekoniecznie. Zawód mu odpowiadał, wymogi zachwycały. Owszem  dla swoich ofiar był bezwzględny i okrutny ale sam, po jałowych miesiącach wreszcie odnalazł spełnienie. Zabijanie go podniecało, wiodło na wyżyny ekscytacji, spełniało. I jak narkotyk – uzależniło. Dzień bez klienta stał się dniem straconym a mniejsza ilość zleceń wywoływała uczucie rozdrażnienia. Huśtawka nastrojów, zdradliwa karuzela umysłu zaczęła gwałtowanie przyśpieszać, wsiąść było łatwo, wysiąść jest rzeczą niemożliwą.
Kolejne zlecenie brzmiało nad wyraz interesująco, celem był minister i jego rodzina, żona i trójka dzieci. Początkowo wszystko przebiegało według planu, sytuacja, która rozegrała się później, obróciła wniwecz psychikę Urbana.

Nigdy nie czytałam podobnej książki. Jest „inna”. Nieporównywalna z żadną inną pozycją, specyficzna i wyjątkowa w swej „inności”. Amélie Nothomb w pozornie niewielkiej objętości ukryła oryginalną definicję miłości. Szaleńczej miłości szaleńca.
Umyślnie nie wspomniałam o tytułowej Jaskółce. Ten fragment pozostawił mnie pod dużym wrażeniem, niech i Was oczaruje.


wtorek, 19 lipca 2011

Tatiana de Rosnay - Klucz Sary

autor: Tatiana de Rosnay
tytuł: Klucz Sary
wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2007
ilość stron: 350
ocena: 5.5 / 6
 
 
Już przed rozpoczęciem lektury czułam, że to książka naładowana emocjami. Kobieca intuicja, szósty zmysł? O ile przeczucie nie myliło, tak wrażenia jakie wywarła niniejsza książka, przewyższyły domniemane przypuszczenia.

Dwutorowo rozgrywająca się akcja przenosi nas do Paryża, współczesnego z 2002 roku oraz noszącego w sobie piętno tragicznych wydarzeń z roku 1942. Naprzemiennie ułożone rozdziały książki odkrywają dwie, z pozoru odrębne historie.

Powieść odsyła nas do pewnej lipcowej upalnej nocy 1942 roku, kiedy w tysiącach francuskich mieszkań rozległo się donośne pukanie do drzwi. Dorośli znali cel przybycia policji, dzieci nie zdawały sobie z niego sprawy. Żandarmi nie ominęli rodziny 10 letniej Sirki, wtargnęli do mieszkania wydając rozkaz spakowania najpotrzebniejszych rzeczy. Dziewczynka wierząc, że opuszczają dom tylko na chwilkę, postanowiła ukryć swego małego braciszka Michela w głębokiej szafie, ich tajnej kryjówce z czasów dziecięcych zabaw. Przekonana o bezpieczeństwie brata, zamknęła drzwi na klucz i opuściła mieszkanie na Marais…

Sirka była jedną z tysięcy francuskich Żydów masowo aresztowanych w obławie Vel d'Hiv. Przetrzymywani w nieludzkich warunkach, zapędzeni do bydlęcych wagonów zostali wywiezieni na pewną śmierć. 

Mija sześćdziesiąt lat. Wspomnienia, wciąż żywe nie pozwalają zapomnieć o tragedii tysięcy ludzkich istnień. Z okazji zbliżającej się rocznicy, dziennikarka Julia Jarmond otrzymuje zlecenie napisania artykułu o zgubnych losach żydowskich rodzin. Wyniki przeprowadzonych wywiadów bardzo ją zaskoczyły. Okazało się, że Francuzi nie wiedzą, nie pamiętają lub nie chcą pamiętać o wydarzeniach z roku 1942. Przekonani, że za obławę odpowiadają Niemcy, nie przypuszczają, iż to francuska policja dopuściła się tak haniebnych czynów. Wiele osób nie zdawało sobie sprawy, co tak naprawdę działo się w ich kraju. 

Julia podążając śladami historii, w nadziei poznania nowych faktów postanawia porozmawiać z babką swego męża. Ostry opór ze strony zięcia daje dużo do myślenia. Okazuje się, że jej rodzina od przeszło sześćdziesięciu lat skrywa mroczną tajemnicę. Gdy prawda wychodzi na jaw, Julia robi wszystko, by naprawić błędy przeszłości…

Choć postacie są fikcyjne, sama jednak książka oparta jest na autentycznych wydarzeniach, które rozegrały się w trakcie okupowanej przez nazistów Francji. Nie sposób porównać powieści do innych tego typu, wszak nie można żadną miarą zmierzyć ludzkiego cierpienia.  

Tatiana de Rosnay napisała „Klucz Sary” pragnąc złożyć hołd dzieciom z Vélodrome d'Hiver.Dzieciom, które nigdy nie wróciły. Oraz tym, które przeżyły, by dać świadectwo”.
 
Piękna choć smutna historia. Polecam. Ku pamięci… 


Ubolewam, książka jest niedostępna i nie można jej dostać w żadnej księgarni. Może biblioteki się w nią zaopatrzyły? Polecam, powieść naprawdę warta przeczytania.
A ja "Klucz Sary" otrzymałam od Pablo! Za pozostawiony, szczęśliwy 1000 komentarz. Dziękuję! :)

sobota, 18 czerwca 2011

Isabel Allende - Podmorska wyspa

autor: Isabel Allende
tytuł: Podmorska wyspa
wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2011
ilość stron: 528
ocena: 5.5 / 6


 
Dlaczego tak późno odkryłam tę znakomitą chilijską autorkę jaką jest Isabel Allende?  Raz po raz zadawałam sobie owo pytanie zatracając się w Podmorskiej wyspie. Książka zaintrygowała mnie od pierwszego  wejrzenia, urokliwy tytuł, okładka przywodząca na myśl błękitną lagunę i widniejąca postać kobiety wpatrzona w bezkresną dal… Tylko tyle a może właśnie aż tyle wystarczyło, bym rozpoczęła usilne poszukiwania niniejszej pozycji.

Autorka za sprawą Podmorskiej wyspy powiodła mnie do Saint Domingue, francuskiej kolonii u schyłku XVIII wieku. Przeniosła do czasów, w których nie chciałabym żyć. Nikt by nie chciał. Okrutne te lata, w których pozycja społeczna uzależniona była od urodzenia, a kartą przetargową był kolor skóry. Władza spoczywała w rękach białych, czarni byli ludźmi drugiej kategorii. Traktowanych gorzej niż zwierzęta niewolników darzono mieszaniną nienawiści i pogardy. I w takich czasach przyszło żyć Zarite, która już w chwili narodzin naznaczona była piętnem bólu i cierpienia. Była Mulatką, osobistą niewolnicą żony Toulouse`a Valmoraina, francuskiego plantatora trzciny cukrowej. Kupiona jako służąca, poza obowiązkami wobec chorej psychicznie Eugenii musiała zaspokajać również chore żądze swego pana. Gwałcona i poniżana dziewczyna marzyła tylko o jednym, o wolności…  A wraz z nią tysiące innych niewolników, którzy mając dość tyranii i brutalnego traktowania szykowali się do buntu… 

„Posłuchajcie głosu wolności, śpiewającego w sercach nas wszystkich!, zawołał a niewolnicy odpowiedzieli krzykiem, który wstrząsnął wyspą”.

Pozwolicie, że na tym urwę zarys powieści. Tych, którzy sięgną po Podmorską wyspę czeka prawdziwa czytelnicza uczta, nie chcę więc odbierać Wam przyjemności smakowania i rozkoszowania się treścią niniejszej lektury. Dodam tylko, że przedstawiony przeze mnie rys nie oznacza końca, przeciwnie, to dopiero początek długiej i krętej drogi ku wolności…
Książkę czyta się jednych tchem, słowa przeistaczają się w zdania a czas staje w miejscu. Podmorska wyspa na długo zapadnie w mej pamięci. Dopisuję się do listy oczarowanych i zachwyconych niniejszą lekturą! Polecam

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Muza i portalu Sztukater. Dziękuję!

wtorek, 29 marca 2011

Bernhard Schlink - Lektor


autor: Bernhard Schlink
tytuł: Lektor
wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2009
ilość stron: 168
ocena6 / 6



Niezwykle trudno pisać mi o tej książce. Dlaczego? Sama zadaję sobie to pytanie. Chyba nie spodziewałam się, że ta z pozoru niewinnie wyglądająca książka zostawi po sobie  tyle przemyśleń i rozważań.

Tytułowym lektorem jest Michael Berg, 15 letni chłopiec chory na żółtaczkę. Pewnego razu osłabiony, wycieńczony chorobą zwymiotował na chodnik. Z pomocą przyszła pewna kobieta, zajęła się nim, umyła i odprowadziła go do domu. Matka Michaela dowiedziawszy się o tej historii nakazała synowi kupić kwiaty i pójść do owej kobiety z podziękowaniami. Gdyby wiedziała co spotka jej syna, z pewnością podjęłaby inne kroki. Ale stało się. Michael z bukietem kwiatów trafił na Bahnhoftrasse. Tak rozkwitł romans nastolatka z 36letnią Hanną Schmitz. Połączyła ich namiętność i fala pożądania. Kobieta była mentorem i nauczycielem, zagłębiła Michaela w tajniki miłości, przy niej zatracał się i spełniał.
Seks stał się ich codziennością tak jak czytanie książek - rytuał i nowo odkryta pasja. Michael codziennie na głos czytał dzieła wybitnych pisarzy.

I nagle wszystko się skończyło. Hanna wyjechała. Bez słowa pożegnania, bez podania nowego adresu i powodu. Michaelowi w jednej sekundzie runął cały świat, ból i rozpacz były nie do zniesienia. Minęły lata, tęsknota i rozdarcie z czasem osłabły a Hanna stała się wspomnieniem. Aż do dnia ich ponownego spotkania. Micheal jako student prawa uczestniczył w procesie byłych oficerek SS. Doznał szoku gdy wśród oskarżonych rozpoznał swą dawną kochankę.
Kobieta ukrywa niejedną tajemnicę. Hanna musi się otworzyć i ujawnić swój sekret. Niestety, przyznanie się do własnych wad i słabości okazuje się być zbyt trudnie i wstydliwe…

Przepiękna, wartościowa powieść poruszająca tak bliskie człowiekowi problemy miłości, cierpienia i rozstania.
„Lektora” czytałam celowo w dniu emisji filmu w TV, by na świeżo porównać treść książki odzwierciedloną na ekranie. Skończyłam lekturę i … nie chciałam już oglądać filmu. Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, wolałam zachować w pamięci obraz historii wykreowany przez mą wyobraźnię.
Czytaliście tę książkę? Oglądaliście film? Podzielcie się proszę Waszymi odczuciami i spostrzeżeniami :)

###

Wybaczcie mi proszę owy zastój blogowy. Dwie moje prace opierają się na czytaniu i pisaniu, na czytanie dla przyjemności czasu jak na lekarstwo. Byle do maja. Pozdrawiam serdecznie.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Carlos Ruiz Zafon - Książę Mgły


autor: Carlos Ruiz Zafón
tytuł: Książę Mgły
wydawnictwo: Muza
ilość stron: 200
ocena5 / 6



Gdy od listopada na Waszych blogach regularnie pojawiały się recenzje niniejszej książki,  bezustannie grzeszyłam- z zazdrości. Zazdrościłam Wam najpierw posiadania, a później, gdy zakupiłam własny egzemplarz - możliwości przeczytania.

Wstyd się przyznać ale będąc nastolatką wszystko wydawało mi się lepsze od książek. Wiele mnie ominęło i choć po latach ze skruchą i spuszczoną głową ponownie rozkochałam się w czytaniu, wszystkich zaległości nie jestem w stanie nadrobić. Najbardziej straciła na tym literatura młodzieżowa.

Stąd moje obawy. Bałam się, że lektura dla młodzieży mnie nie zachwyci i nie porwie. Pozostając pod urokiem „Cienia wiatru”, „Gry anioła” i „Mariny” nie chciałam sprawić sobie zawodu. Postanowiłam książki nie kupować co najwyżej wypożyczyć egzemplarz biblioteczny. Na szczęście nieuzasadniony zamysł złamała promocja w Matrasie. Z uśmiechem na twarzy i książką pod pachą wróciłam do domu i… „Książę Mgły” stał się obiektem zainteresowania mojej nastoletniej siostrzenicy, która pałała niechęcią do książek tak, że żadne błagania, prośby i groźby nie były w stanie tego zmienić.  Zaciekawiona zabrała mą ledwo upolowaną zdobycz do swego domu. Koleje losów Księcia były różne. Błąkał się przez dwa miesiące, z ręki do ręki zmieniał adres i czytelnika. … Ale wrócił.

Miłe rozczarowanie. Pochłonęłam książkę w jeden wieczór. Zupełnie straciłam rachubę czasu. Jak w letargu wertowałam kolejne strony by złapać oddech dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania z ostatniej strony.
Czy aby na pewno jest to książka skierowana dla młodzieży? Zresztą sam empik zaklasyfikował ją do „sensacji” J. Może nie z sensacją ale z kawałkiem dobrej powieści z pewnością miałam do czynienia.

Rok 1943. Carverowie pragnąc uciec od zgiełku miasta i widma wojny przeprowadzają się na wybrzeże do małej rybackiej osady nad Atlantykiem. Dzieciom – Alicji, Maxowi i Irinie najtrudniej przystosować się do zmian i nowych warunków. Ich nowy dom – na pierwszy rzut oka zwyczajny i przytulny, w rzeczywistości skrywa mroczną tajemnicę.
Nowo poznany przyjaciel Roland pomaga nastolatkom oswoić się z nieznanym miejscem. Oprowadzając rodzeństwo po miasteczku wskazuje miejsce zatopionego wraku statku, który w czasie sztormu rozbił się o podwodne skały. Z całej załogi uratował się jedynie dziadek Rolanda – latarnik Victor Kray. Max zaintrygowany tragiczną historią „Orfeusza” chce usłyszeć całą opowieść od latarnika. Kray wspominając historię, odkrywa przed chłopcem legendę o Księciu Mgły, okrutnym i bezwzględnym czarnoksiężniku, który w zamian za spełnione życzenie żądał całkowitego posłuszeństwa. Biada tym, którzy odważyli się go oszukać. Legenda jakich wiele. Z małą różnicą – ta ożywa i z niezwykłym okrucieństwem mści się za złamaną obietnicę…

Lekka i przyjemna książka? No nie wiem… Moja Arachnofobia zaciskała supeł w żołądku, klown miał twarz z  IT Stephena Kinga, Orfeusz był wrakiem ze Statku Widmo… A kot? Kot nie wiem skąd ale to w niczym to nie przeszkadzało, i tak się go bałam…

Polecam!


niedziela, 9 stycznia 2011

Annick Kayitesi - Jeszcze żyjemy

autor: Annick Kayitesi
tytuł:Jeszcze żyjemy
wydawnictwo: Muza
ilość stron: 216
ocena5 / 6


Nie jestem dobra w pisaniu recenzji. Tym bardziej nie umiem przelać na papier emocji, które mną targają  po przeczytaniu tego typu książek.
„Jeszcze żyjemy”. No tak, jeszcze.
Mam przed sobą biografię, pamiętnik Annick Kaytesi, dziewczyny z plemienia Tutsi, która otarła się o śmierć podczas ludobójstwa w Ruandzie w 1994 roku.

Pierwsze strony przybliżają nam historię Ruandy – królestwa w Afryce Środkowej zamieszkiwanego od wieków  przez trzy grupy etniczne: Twa, Hutu i Tutsi. Nacje przyjęły wspólny język kinya-ruanda, uformowały jeden wspólny naród znany z waleczności, śpiewów, tańca i wiary w jedynego dobrotliwej boga - Imany.
Co więc poróżniło te grupy i doprowadziło do nieobliczalnej w skutkach tragedii?

W XV wieku zjednoczone klany Tutsi utworzyły Królestwo Ruandy. Przedstawiciele Hutu choć piastowali wysokie stanowiska urzędnicze, byli odsunięci od życia politycznego. W 1885 w wyniku Wyścigu o Afrykę, Ruanda stała się niemiecką kolonią. Niemcy nie byli zbytnio zainteresowani, sprawowanie władzy powierzyli więc rodzimym mieszkańcom, głównie pochodzenia Tutsi. Konflikt pomiędzy nacjami przybierał na sile. Po I wojnie światowej Ruanda objęta została protektoratem Belgii, która zarządzała terytorium zgodnie z dotychczasową polityką Niemiec tym samym umacniając etniczną nienawiść.
W 1962 roku Ruanda odzyskała niepodległość. W wyniku wyborów Hutu uzyskali władzę w większości regionów.
Odsunięci od władzy Tutsi powołali Rwandyjski Front Patriotyczny, który miał im pomóc w odzyskaniu władzy. 1 października 1990 roki siły RFP zaatakowały Rwandę wywołując kilkuletnią wojnę domową. 3 lata później podpisując porozumienie z rządem Ruandy, RFP znów sprawowała władzę. Wzburzeni Hutu zapowiedzieli odwet.*

Annick Kayitesi z początku wiodła szczęśliwe dzieciństwo. Jej ojciec był lekarzem, mieli w domu wodę i światło, oznaki bogactwa, na które tylko nieliczni mogli sobie pozwolić.
Niestety okrutny los na zawsze zburzył rodzinne szczęście. Najpierw matka Annick uległa groźnemu wypadkowi. W stanie śpiączki farmakologicznej przetransportowano ją do szpitala w Belgii, w którym przebywała ponad rok. Po jej powrocie rodzina uwierzyła, że najgorsze ma za sobą. Nie zdążyli nacieszyć się szczęściem. Nana, młodsza siostra Annick nagle zachorowała. Słowa brzmiały jak wyrok  -„odma opłucna”. Gdy jeden z belgijskich szpitali postanowił przyjąć chorą, ojciec pojechał razem z nią. Po kilku miesiącach stan Nany poprawił się na tyle, by mogli wrócić do domu. W dzień powrotu w rodzinnym domu panował radosny rozgardiasz. Szczęście zmącił dźwięk telefonu. Zdarzył się wypadek, bliscy nie wrócą…
Rodzina nie zdążyła podnieść się  po tej tragedii gdy spadł na nich i na całą Ruandę śmiertelny cios. W kwietniu 1994 roku na skutek zamachu w katastrofie lotniczej zginął prezydent Ruandy. Nie udało się ustalić tożsamości sprawców, ale zamach stał się bodźcem rozpoczynającym masakrę.

Ludobójstwo trwało sto dni. Sto dni prześladowań, mordu, gwałtów. Na oczach Annick jej matkę zadźgano bagnetem. Wrzucono ją niczym worek ziemniaków na ciężarówkę pełną trupów i żywych ludzi, wiozącą ich na pewną śmierć.
Sto dni nienawiści i bestialstwa pozostawiło po sobie zbiorowe mogiły, zgwałcone dzieci i ogrom okrucieństwa, którego nie sposób opisać.

Ten post jest inny. Nie skupiłam się tylko i wyłącznie na książce, sięgnęłam do historycznych źródeł traktujących o masakrze w Ruandzie. Uruchamiając przeglądarkę i wpisując tylko jeden wyraz -„Tutsi” nie spodziewałam się, że zobaczę tyle tragedii i ludzkiego cierpienia.
Ludobójstwo które pochłonęło prawie milion ofiar, głównie kobiet i dzieci w tak krótkim czasie, stało się prawdopodobnie największą porażką ONZ w historii jej istnienia.
Dziś, mimo upływu lat mord w Ruandzie nadal wzbudza ogromne emocje. Przykładem są filmy poruszające ten temat;

filmy fabularne
  • 2004: Hotel Rwanda
  • 2005: Czasem w kwietniu
  • 2005: Shooting Dogs
  • 2007: Podać rękę diabłu
filmy dokumentalne
  • 2004: Podałem rękę diabłu
  • 2005: Pamiętnik z Kisangani  
  • 2009: Mój sąsiad, morderca
  • 2009: Dzień, w którym Bóg odszedł
*zagłębiając się w historię, przyczyny masakry, korzystałam m.in. z wikipedii oraz forum.historia.org.pl

Gdyby ktoś miał ochotę przeczytać tę książkę, zachęcam do wzięciu udziału w Candy u Bujaczka J